Single Ended EL84

Obecny rok to wariacja „wirusowa”. Ludzie kompletnie spanikowali i wystroili się w maski, które ponoć chronią przez wirusem, zakażeniem. Wpierw ludzkość pozamykano w domach, zaś latem „wybuchła pandemia” zakażeń wakacyjnych.

Ale…koncertów brak. Zamówień, zainteresowania wzmacniaczami gitarowymi również, więc nadszedł moment aby zainteresowanie przenieść w stronę lampowego audio.

Prezentowany tutaj mały piecyk to owoc współpracy i pomocy ze strony właściciela strony www.skarabo.net . Pan Stanisław wyjaśnił wiele zagadnień a stawiałem całe mnóstwo pytań. Układ oparty na końcówce z pojedyńczą lampą EL84. W przedwzmacniaczu podwójna trioda ECC83 lub rosyjska 6N2P. Podobnie jak w piecach gitarowych, również tutaj możliwe jest zamienne stosowanie ww lampy przedwzmacniacza.

Budowę rozpocząłem od traf głośnikowych. W przypadku audio, trafa należy nawijać możliwie dokładnie. Zwój przy zwoju. Każda z warstw o jednakowej liczbie zwojów. Nie może być kompromisów. Nie byłoby zabawy, gdyby i dekielki, obudowy traf nie były wykonane samemu. Z „niczego” powstaje „coś”. Poniżej kilka zdjęć:

Długo rozważałem jakie chassis zastosować, wykonać. W pierwotnym zamyśle miało być małe i zgrabne. Takie też wyciąłem z kawałka aluminium, pozaginałem, obrobiłem, pomalowałem. Zastosowałem specjalny, bardzo wysokiej jakości, 2-składnikowy podkład do aluminium.

Ukończony wzmacniacz prezentuje się następująco:

Brzmienie wzmacniacza, to jak w przypadku lamp, ciepły, przyjemny, naturalny charakter tonalny. Jak powiadają eksperci, paradoksalnie układy lampowe, ich nieliniowość, zniekształcenia, budują szczególne, dalece odmienne od krzemu, brzmienie. Krzem to pewien porządek, niskie zniekształcenia różnego rodzaju. Jak ostatnio usłyszałem, że to typowy, „niemiecki” porządek w układzie. Natomiast lampki mają się mocno inaczej. Cała masa niedoskonałości, pozornie wykluczających ich stosowanie, szczególnie w dobie tak zaawansowanej, współczesnej elektroniki.

Po załączeniu wzmacniacza, pierwszych kilkanaście minut nie przynosi niczego szczególnego. Ot, starodawna, nawet śmieszna i niegramotna konstrukcja. Jednakże po rozgrzaniu i ustabilizowaniu się układu, rozpoczyna się magia…Wokale bardzo czytelne. Odnosi się wrażenie obecności tuż obok śpiewającego, lub wręcz bycia pośród zespołu. Instrumenty akustyczne niesamowicie naturalne. Żartuję, że w spokojnej muzyce można usłyszeć wibrowanie strun kontrabasu w jazzie. Nie jestem szczególnym audiofilem, lecz raczej melomanem. Mówi się, że audiofile to zdeterminowani „szaleńcy” z miłością kupujący wszelkie nowinki techniczne po niesłychanie wysokich cenach, tj. przewody głośnikowe z czystego srebra za kwoty wielu setek, bądź nawet tysięcy złotych oraz wiele innych. Przewody to drobny przykład determinacji audiofila. W niedawnej rozmowie ze znajomym usłyszałem, iż pewien sławny producent wzmacniaczy audio zaleca wykonanie obmiaru odległości każdego z przewodów głośnikowych, po czym następuje zakup „właściwych” odcinków. Mój rozmówca twierdził, że słyszy różnicę pomiędzy przewodami „dopasowanymi” a „niedopasowanymi”… Akurat! Ucho ludzkie, jak każdy z receptorów, jest połączone z mózgiem. W tym drugim, istota ludzka tworzy emocje, które „budują” fikcje nazywane „prawdą”. Cóż ,tu nie może być mowy o obiektywizmie.

Ale…wracając do sprawy brzmienia. Nawet prosty wzmacniacz jak ten, o mocy rzędu kilku watów, potrafi przysporzyć ogromnie wiele radości ze słuchania muzyki. Przecież współczesny i nieustanny pościg za poprawianiem parametrów elektrycznych, akustycznych, miniaturyzacji, oszczędności energii, powoduje swoiste zwichrowanie postrzegania zwykłego słuchania muzyki, jej przeżywania, wynoszenia z niej pozytywnych i szczerych emocji. Dobór przewodów, zacisków, filtrów, itp. nie może zastępować przedmiotu sprawy, czyli muzyki. Zabawnym jest kiedy nawet nieciekawy wizualnie, pozornie niewiele warty wzmacniacz, okazuje się być wspaniałym urządzeniem wzmacniającym sygnał akustyczny czerpany ze źródła dźwięku… Miało być o wzmacniaczu a zakończyło krytyką. Odwieczna wojna pomiędzy lampami a krzemem nie ma końca. Myślę, że lampy przetrwały do współczesności z powodu ich niepospolitości, archaizmu, wielkości gabarytowej, ciepłego brzmienia oraz jak to raz powiedział mój znajomy, za to jak wyglądają. Samo piękno. Wielkie, szklane bańki, niebezpieczeństwo poparzenia oraz porażenia. Do tego wielgachne trafa, znaczący ciężar całości, lecz…warto je mieć 🙂

Pozdrawiam,

D.